Rozdział I

She can kill with a smile, she can wound with her eyes.
She can ruin your faith with her casual lies.


    Dziewczyna powoli podniosła powieki, przeklinając po cichu promienie słońca, które nieustannie oślepiały jej oczy. W końcu zdołała je otworzyć na tyle szeroko, by przestudiować wnętrze pomieszczenia w którym się znajdowała. Jasno. Pierwszy przysłówek, który wpadł jej do głowy stał w sprzeczności z jej mieszkaniem. W jej pokoju zasłony zakrywały okna prawie cały czas, nie licząc nieczęstych prób uchwycenia długości korku na głównej ulicy. Korek był zawsze, lecz zdarzało się by sznur aut zawierał jedynie około trzydzieści pojazdów, co dawało jej dodatkowych pięć minut snu. Sen był ważny w jej życiu na tyle, by podejmować wedle niego wiele decyzji. Znajdowanie się w nieznanym jej pokoju zdecydowanie nie było jednym z nich. Jej materac był idealnie dopasowany do maksimum komfortu, jaki można osiągnąć leżąc na łóżku. Ten, na którym spała dziś sprawił, że jej plecy zdawały się być torturowane przez całą noc. A jednak na nim spała. Gwałtownie obróciła twarz w stronę drugiej połówki łóżka, by upewnić się w przekonaniu, że istnieje powód obudzenia się w tym miejscu. Nie było nic dziwnego w tym, że leżał tam mężczyzna, jednak zaskoczył ją brak odpowiedzi w głowie na pytanie "Jak, do cholery, się tu znalazłam?". Po chwili wróciła jej częściowa pamięć, niestety nadal urywała się w chwili gdy wypijała któregoś z koleji drinka. Blondyn cicho chrapał, co jeszcze bardziej zaczęło działać jej na nerwy. Szybkim susem zeskoczyła z łóżka, by jak najszybciej włożyć coś na siebie i pędem ruszyć do siebie. Zakładając majtki, następnie jeansy dopatrywała się wielu szczegółów w mieszkaniu chłopca. Porządek. Brak kurzu na półkach, śmieci na podłodze. Naprawdę się z nim przespała? Mistrzyni bałaganu i ułożony pedant. Niezłe połączenie. Gdy wkładała szpilki, dostrzegła ruch ze strony blondyna. Kurwa, budzi się. Jej nadzieja na wymknięcie się z mieszkania bez zbędnej rozmowy uległa unicestwieniu. Z westchnięciem spojrzała na chłopca. No, przynajmniej miał ładną buźkę, co poprawiło nieco jej samopoczucie. Nie w jej typie, a przynajmniej nie w typie jej trzeźwej wersji.
     - Już wychodzisz? - zapytał zaspanym głosem.
Brzmiał trochę, jakby nigdy nie przeszedł mutacji, jednak zignorowała ten fakt by w końcu opuścić ten budynek.
     - Ta, dzięki za noc. Ciao!

     Gdy wyszła na zewnątrz, a promienie słońca znów zaatakowały jej ślepia, uświadomiła sobie z ulgą, że nie jest daleko od swego mieszkania. Fakt, że nie musiała zamawiać taksówki, ucieszył ją na tyle że pozwoliła sobie na krótki spacer. Od dawna nie chodziła pieszo. Zazwyczaj poruszała się swym motocyklem, lub zamawiała transport gdy nie była w stanie włożyć kluczyków do stacyjki. Nie zdarzało się jej to często, jednak wczorajszy dzień był tym wyjątkiem. Nie spodziewała się jednak, że znów zaciągnie kogoś do łóżka. Owszem, lubiła seks, ale była na tyle opanowaną osobą, by nie lecieć na pierwszego lepszego. Ten z wczorajszej nocy zdecydowanie należał do tych lepszych - pomyślała, przypominając sobie własne jęki rozkoszy gdy wchodził w nią. Uśmiechnęła się na to wspomnienie, jednak przyrzekła sobie, że na przyszłość postara się być nieco bardziej asertywna co do proponowanego wypadu do baru. 

     Wchodząc do domu, dziewczyna poczuła ulgę. W końcu u siebie. Nie schylając się, zdjęła buty, by zaraz paść na swym idealnym łożu. Leżąc na swoim siódmym niebie, przycisnęła guzik automatycznej sekretarki.
 "Jedna nieodebrana wiadomość. Cześć Nayah, tu Marine. Przepraszam, że wyszłam, ale nie czułam się zbyt dobrze, a ten przystojniak obiecał mi, że się tobą zaopiekuje".
     - No i się kurwa cholernie zaopiekował - pomyślała brunetka, jednak wsłuchiwała się w dalszą część wiadomości.
 "Pewnie się bawiłaś do rana, zazdroszczę ci. Ja spędziłam całą noc w kiblu."
     - Jak zwykle.
 "Wiem, pewnie pomyślisz, że zawsze tak kończę, ale wiesz, że to nieprawda. Tydzień temu przyszłam cała i zdrowa do domu".
     - Bo nic nie piłaś. Streszczaj się!
 "No dobrze, będę już kończyła..."
     - To Bóg istnieje?
 "Nie zapomnij, że na jutro masz tego klienta ze skrzydłami. Spędzisz z nim dobre kilka godzin, więc postaraj się być punktualna."
     - Kurwa... zupełnie o tym zapomniałam.
 "Do zobaczenia."
Dziewczyna ponownie nacisnęła na guzik.
"Wiadomość została skasowana. Zero nieodebranych wiadomości"
Wreszcie! - pomysłała, po czym przymknęła powieki. Jutrzejszy dzień napawał ją podnieceniem jak i wyczerpaniem. Spędzi około ośmiu godzin na tatuowaniu skrzydeł na klacie jakiegoś faceta, jednak myśl, że stworzy coś nowego, jednocześnie tak niesamowitego nasycało ją ekscytacją. Podobał jej się pomysł tatuażu, sama nawet pomyślała o zrobieniu sobie podobnego. Miała już kilka, jednak wiedziała, że na tych paru się nie skończy. Tatuaż był dla niej jakimś rodzajem symbolu osobowości, dlatego precyzja z jaką wykonuje go musi być wręcz perfekcyjna. To od niej zależy jaki nada mu charakter. Zasnęła z nadzieją, że dzieło, które jutro stworzy napełni ją dumą, a klient nie okaże się dupkiem, którego będzie musiała znosić przez tyle czasu.

     Wczesna pobudka zdołała ją zdenerwować do tego stopnia, że jadąc do pracy wymusiła pierwszeństwo na prawie piętnastu autach. Cud, że nie zatrzymał jej żaden policjant - co tu, w centrum Claerney zdawało się być prawie niemożliwe - nie poprawił jej humoru. Weszła do studia głośnym krokiem, a jej zacięta mina nie wskazywała nic dobrego. Ludzie starali się nie wchodzić jej w drogę, by nie paść ofiarą jej sarkastycznych żartów czy niemiłych docinków. Gdy wreszcie usiadła przy swoim sprzęcie, nie odpowiadając na żadne 'dzień dobry' pojawiła się Marine. Jej głupkowaty wyraz twarzy nie wskazywał na to, by domyślała się niezbyt dobrego humoru koleżanki.
     - I jak? Jak było wczoraj?
     - Lepiej, niż nad obrzyganym kiblu.
     - Nayah, przepraszam cię, że poszłam, ale on naprawdę wydawał się miły. Obiecał mi, że odprowadzi cię do domu.
     - Gdybym potrzebowała eskortę, zadzwoniłabym po gang harleyów. Wiszą mi przysługę.
     - Ny, nie wyżywaj się na mnie. Mogłaś sama o siebie zadbać, nie jestem twoją matką!
Marine nie wytrzymała.
     - Ani moją przyjaciółką, więc nie wiem czemu jeszcze tu stoisz - odpowiedziała brunetka, po czym odwróciła się tyłem do blondynki. - Przynieś mi kawę.
     - Nie jestem też twoją służącą!
     - Ale jesteś moją sekretarką i jeśli do pięciu minut nie będę widziała na moim stoliku czarnej kawy bez cukru, to możesz się pożegnać z robotą.
Marine westchnęła, zdając sobie sprawę, że dalsza dyskusja nic nie wskóra. Spojrzała na zegarek i przeraziła się. Klient Ny spóźniał się już pięć minut, a ona nienawidzi gdy ktokolwiek się spóźnia prócz niej samej. "Pospiesz się" - pomyślała w duchu blondynka, wiedząc, że im dłużej go nie ma, tym gorzej dla niej.

     Piętnaście minut później do studia wszedł mężczyzna o ciemno-brązowych, delikatnie falowanych włosach i lekkim, jednodniowym zaroście. Był młody, jednak jego ponura mina dodawała mu lat. Nie przejął się, że spóźnił się ponad dwadzieścia minut i pomimo złowrogich spojrzeń przechodniów, nie miał zamiaru gasić żarzącego się papierosa, którego trzymał między wargami. Marine dostrzegła chłopca i pędem ruszyła w jego stronę.
     - Proszę tędy - powiedziała, wskazując na salę Ny. Brunet nie odezwał się, jednak ruszył we wskazanym kierunku. Marine zadrżała. Przeszło jej przez myśl, że ten chłopak ma w sobie coś innego. Coś, czego nawet z największą chęcią nie potrafiłaby nazwać. Jakiś rodzaj złowrogiego spojrzenia, jednocześnie pełnego bólu i wymuszonej obojętności. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to coś miała jeszcze jedna znana jej osoba. Nayah.
     Brunetka spojrzała na swego klienta. Był kilka lat starszy od niej i o dziwo w jeszcze gorszym humorze niż ona. Wyczytała to z jego spojrzenia, które nie miało ochoty tu być. Mężczyzna usiadł na czarnym fotelu, wciąż nie wypowiadając nawet słowa. Z jego papierosa został już tylko filtr, jednak nadal trzymał go w ustach.
     - Kosz jest tam - odezwała się Ny, wskazując na pojemnik obok szafki. Brunet spojrzał na nią i lekko się uśmiechnął, po czym zgasił fajkę na fotelu i wyrzucił ją na podłogę. Dziewczyna popatrzyła na niedopałek, po czym podniosła wzrok na niego. Brunet czekał na jej reakcję, ta jednak się nie odezwała.
     - Nie zareagujesz? - spytał, zaskoczony jej obojętnością. Lubił robić ludziom na złość, w tej dziewczynie znów nie dostrzegł krzty złości, a przynajmniej nie spowodowaną jego osobą.
     - Ja tu nie sprzątam, fotel też nie jest mój. Nie mam powodu, by reagować na durne zachowanie jakiegoś kretyna.
Mężczyzna uśmiechnął się raz jeszcze. Zazwyczaj to on był pierwszy w obrażaniu ludzi. Ta dziewczyna go wyprzedziła. Niezła jest.
     - Przejdźmy do rzeczy. Gdzie dokładnie chcesz mieć tatuaż?
Brunet wskazał na wolną przestrzeń pod prawym obojczykiem i kawałek górnej części pleców. Chciał, by skrzydła wychodziły z jego poprzedniego tatuażu, który znajdował się na prawym ramieniu. Nayah szybko zrozumiała, o co mu chodzi, po czym podniosła szablon, który został wcześniej uzgodniony z klientem.
     - Taka sama wielkość? - spytała. Mężczyzna przytaknął. Ny poczuła jak przeszywa ją fala ekscytacji. To naprawdę będzie wspaniałe dzieło. Szkoda tylko, że na takim dupku.

1 komentarz:

  1. Zaczyna się ciekawie. Polubiłam Nayah, twarda laska nie da sobie w kasze dmuchać, natomiast Blake to naprawdę cham, a niszczeniem cudzej własności tylko stracił w moich oczach. Ale zobaczę co będzie dalej ;)Mam jedną uwagę na samym początku jest takie zdanie: "W swoim pokoju zasłony zakrywały okna prawie cały czas, nie licząc nieczęstych prób uchwycenia długości korku na głównej ulicy." Chyba powinno być w jej pokoju. ;) Pozdrawiam i zabieram się do dalszego czytania :)

    OdpowiedzUsuń